Skip to main content

Rowerowa wyprawa KS Forma

22 maja 5 osobowy team w obsadzie: Kroczek Janusz , Gerlich Mirosław , Marszałkowski Zbigniew , Wojaczek Jacek , Koloska Adam, wyruszył na rowerach wzdłuż wschodniej granicy Polski . Start w godzinach południowych: z Katowic pociągiem do Przemyśla . Do Przemyśla docieramy po 21.00, jest ciemno.Stop, stop, stop trzeba wrócić do Krakowa, kiedy to pociąg miał opóżnienie i z zapowiedzi konduktora wynikało, że postoimy tam z 15 minut, z czego postanowili skorzystać nasi dwaj towarzysze, rozprostować kości i zwiedzić dworzec.Niestety maszynista dostał zielone światło i nasi koledzy zostali.

Na naszych twarzach zdziwienie i konsternacja. Zostali, co teraz . Dzisiejsze media do potęga, dzięki nim udało nam się zorganizować transport dla kolegów i już w Rzeszowie, z uśmiechem na twarzach wchodzą do przedziału i razem docieramy do Przemyśla. Tu odnowiony dworzec kolejowy wprowadził nas w zachwyt. Jest imponujący, chyba najpiękniejszy dworzec PKP w Polsce. Odnowiony naprawdę robi wrażenie, do tego dostępny za darmo.

Przemyśl PKP ksforma.pl

Startujemy ; objeżdżamy starówkę, która nocą wygląda czarująco i kierujemy się na północ. Chcemy zrobić jeszcze trochę kilometrów, żeby na drugi dzień dojechać do Zwierzyńca, gdzie mamy mieć spływ. Namioty rozbijamy nad Sanem , gdy jest już północ. Dzień zamykamy 20 km, a rano okazuje się, że po drugiej stronie ścieżki jest jakiś stary cmentarz. Koszmarów nie mieliśmy . 😉

Dzień drugi

Śniadanie, pakujemy się i w drogę .Docieramy do Choryńca, stara drewniana cerkiew warta zobaczenia , dalej szlakiem Grin Velo i przyszedł czas na pierwsza awarię. Koledze wykrzywiła się ośka z zestawu przyczepkowego, na szczęście udało się ją naprawić w pobliskiej wiosce i w trasę . Po drodze Wielkie Oczy, odwiedzamy naszego kolegę Wieśka Pazowskiego z maratonów. Wioska mała ale bogata historia: Bazylika , Synagoga i Cerkiew. Mały przyjacielski poczęstunek i postanawia nas odprowadzić kilkanaście kilometrów .

Podążamy wzdłuż granicy ukraińskiej, droga asfaltowa, lasy , lasy, lasy no i oczywiście straż graniczna, która nie omieszkała nas zatrzymać. Rozmowa była na wesoło, Wiesław znany tutejszym pogranicznikom , zaręczył za nas i pojechaliśmy dalej. Zatrzymujemy się przy sośnie, gdzie z jednego pnia wyrastało pięć ogromnych odnóg ;święte miejsce z kapliczką .

Chryniec Zdrój, tu zostawia nas nasz kolega Wiesiek, a my robimy popas. Kolega Adaś poczęstował jakiegoś psa przybłędę i kierujemy się do wioski Radruż, to jakieś 5km. Piesek się przywiązał i dybał całą trasę z nami. Radruż, tu znajduje się bardzo ciekawa cerkiew, o charakterze obronnym, warta zobaczenia. Krótkie zwiedzanie i musimy wrócić do Choryniec. Piesek nie odpuszcza lecz w pewnym momencie odbija w prawo i zaczyna biec jak szalony. Okazało się, że zwęszył sarnę, obserwowaliśmy dość długo ten pościg i pewnie gdyby nie to ,że sarna wpadła w zagajnik, to piesek by ją złapał.

Dojeżdżamy do Choryńca,  a pies za nami. Postanawiamy przycisnąć na pedały i pies został. Nasz plan dotarcie do Zwierzyńca , niestety pogoda się załamuje. Jesteśmy w Józefowie, rozbijamy się nad stawami kółka wędkarskiego nad pięknymi piaszczystymi stawami , biwakujemy. Dzisiejszy dystans 144km .

Dzień trzeci .

Noc upłynęła spokojnie. Rano tradycyjnie toaleta, śniadanie, pakowanie .Pogoda nie pozwala na spływ w Zwierzyńcu, więc zmiana planów. Kierunek Zamość po drodze ,we wsi Kaczurki spełniamy swój obywatelski obowiązek i bierzemy udział w drugiej turze wyborów prezydenckich. To był bardzo przyjemny przerywnik. Na naszej trasie sześć pań w komisji, w takiej małej wiosce nudziłyby się gdyby nie nasza ekipa, która wniosła sporo zamieszania .

Zamość to niewątpliwie najpiękniejsze miasto na naszej trasie , wspaniała starówka, dzięki rowerom można wiele zobaczyć. Robimy zdjęcia, kawa , posiłek , szkoda odjeżdżać. Gorąco polecam, zwiedzania na cały dzień . Wijąca się droga z masą podjazdów i wspaniałymi panoramami wjeżdżamy do Chełmna.

Miasto nas nie zachwyciło .Sanktuarium Maryjne na Górze Chełmskiej w remoncie, nie do zwiedzenia ,msza pod namiotem. Starówka nie ujmująca . Prowiantujemy się i gorączkowo poszukujemy miejsca na biwak . Udało nam się znaleźć dobre miejsce na polanie, przy starej kopalni kredy . Biwak ,ognisko, kiełbaska podsumowanie dnia to 108 km bezawaryjnie .

Dzień czwarty

Dzień zaczyna się wspaniałą pogodą, pakujemy się i w trasę. Przy wyjeździe z miasta pierwsza złapana guma. Szybka wymiana i gonimy następny cel ,Włodawa . Zaczyna my się zbliżać do rzeki Bug i wzdłuż niej podążamy dalej. Za plecami tworzą nam się ciężkie chmury, staramy się przed nami uciec naciskając mocniej na pedały ale ulewa nas dopada , przerwa, zakładamy nieprzemakalne wdzianka. Trochę ustało, wskakujemy na siodełka .

Do Włodawy docieramy w przelotnych opadach , objeżdżamy starówkę .Ciekawa synagoga , zamknięta Wielka Synagoga i kościół św.Ludwika oraz klasztor Paulinów. Kiedyś te trzy społeczności potrafiły egzystować w zgodzie, co potwierdza ten schemat . Sklep rowerowy. Adam musi kupić oponę i wymienić. Dalej w drogę. .

Miejscowość Różanka, ciekawe miejsce, stare ruiny pałacu i bramy wjazdowej, zjeżdżamy nad sam Bug. Słupy graniczne. Za granicą Białoruś, foto, pogoda dopisuje . Dalej nowa trasa rowerowa wybudowana na najwyższym poziomie światowym. Tuż przy drodze osobny szeroki pas asfaltowy .Zauważyliśmy dwóch rowerzystów obładowanych sakwami. Postanowiliśmy ich dogonić. Gdy się zorientowali, nacisnęli na pedały. Pościg trwał dość spory odcinek drogi lecz okazali się nieuchwytni. Po kilkunastu kilometrach doganiamy naszych uciekinierów.

Na postoju chwila rozmowy, jadą od 10 dni z Niemiec przez Austrię do Puszczy Kampinowskiej. Nie dziw , że mieli taki power . W miejscowości Jabłeczna, odbijamy na Monastyr św.Onufrego to obiekt warty zwiedzenia. Zatrzymał nas na ponad godzinę. Było widać ogromny przepych tej budowli a z środka dobiegała ciągła modlitwa popa. Odjeżdżamy mając w pamięci to miejsce .

Kodeń to cel naszej dzisiejszej podróży, ogromne Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej, położone nad samym Bugiem z swymi przyległymi terenami było dobrym miejscem na nocleg. Jeszcze krótka rozmowa z wikarym w sprawie obozowiska na terenie parafii i za sprawą małej ofiary, którą musieliśmy złożyć, mamy dostęp do obozowiska i pryszniców. Piękny teren, który nas otaczał przenikały ciągłe wystrzały, jakby za granicą ,która przebiegała 150m dalej po drugiej strony Bugu, był jakiś poligon.

Na szczęście przed zmrokiem wszystko ustało. Nocą przetoczyła się ogromna burza, która nie dawała nam spać. Grzmoty przetaczały się jak kule w pustej kręgielni a padający deszcz bił po tropiku jak werbel. Zakończyliśmy dystansem 128km .

Dzień piąty

Pobudka jak zawsze wczesna, nie pada to , zwijamy mokre namioty. Nie ma szans by wyschły bo i temperatura nieciekawa – w trasę . Tereny mało zamieszkane, pola, lasy, czasem wioska zatrzymana w czasie. Plan to zwiedzić forty w miejscowości Lebiedziew.

Rozglądamy się, nagle jaki rumor za plecami, chwila nieuwagi i koledzy Jacek i Zbyszek lądują w rowie. Wygląda to nieciekawie, nie potrafią się wygramolić z rowu. Biegniemy z pomocą, na szczęście  nic im się nie stało, tylko rower Jacka nie nadaje się do jazdy. Schodzimy na pobocze . Koło z roweru Jacka to jedna wielka ósemka. Naprawić na tyle by dojechać do Terespola, to kilkanaście kilometrów.

O i forty się znalazły, nie były warte zatrzymywania .. Terespol miasto opanowane przez Białorusinów, nic nas tam nie ujęło. Szukamy serwisu, jest .Trwa naprawa koła, ale widać, że serwisantowi sprawia to trudność. Opanował awarię na tyle, że mogliśmy kontynuować podróż. Żegnamy się z miasteczkiem i pędzimy drogą, znowu jakieś krzyki z tyłu połączone z wielką euforią: czołg, czołg !Co za czołg, przecież granicę z Ukrainą mamy dawno za sobą?? No tak jest czołg, stoi na postumencie, stary T54. Cała rowerowa piątka pancerniaków oblepiła go i czeka na wspólne foto. Pstryk wszyscy zadowoleni, tak ?

No to dalej w trasę. Po drodze, na wysokiej skarpie, punkt widokowy na Buk. Pamiętajcie, jak jest punkt widokowy, to się zatrzymujcie. Byłoby szkoda opuścić taki widok, rzeka pięknie się wiła, piaszczyste brzegi i skarpy zachęcały . Dojechaliśmy do miejscowości Pratulin, Sanktuarium Błogosławionych Męczenników Podlaskich. Odniosłem wrażenie, że to kolejne święte miejsce, w które sztucznie zagania się pielgrzyma, w jakimś bliżej ”nieokreślonym” celu .Jemy pierogi i lody. Wziąłem sorbet truskawkowy, nie był tu tani, aż mnie cena zmroziła. Po zjedzeniu całego, chyba wyglądałem jak truskawkowy sopel lodu.

Kolejny przystanek to Janów Podlaski. Wiadomo, najsłynniejsza stadnina koni arabskich , nie można ominąć. Wjeżdżamy przez bramę, wokoło stajnie posegregowane według hierarchii koni i ras. Wybiegi pełne kopytnych,rozbrykanych stworzeń, które chętnie podchodzą, traktują nas życzliwie i pozwalają na bliski kontakt . Wiele ras, w wielu zagrodach. Są piękne, ich wygląd ,sposób poruszania, nie można oderwać wzroku , ale mają respekt przed koniuszymi. Są posłuszne i ułożone.

Ostatni cel dzisiaj to Zabuże, czeka tam na nas nasz kolega z KS FORMA, Sieniawski Henio z żoną Katarzyną. Henio czekał na nas przy wjeździe do wioski. Jego mały domek wśród malowniczych pół i łąk nad Bugiem, był naszym noclegiem na dziś . Przyjął nas po królewsku „czym chata bogata,” nie zabrakło niczego, gościnne przyjęcie zostanie na długo w naszej pamięci.

Adam mógł naprawić swój wózek, który rozlatywał się na spawach, co groziło poważną awarią, ale bogaty warsztat Henia uratował pojazd. Inni suszyli swoje rzeczy i korzystali z błogiej przyjemności jaką był prysznic. Spałem pod namiotem. Kolejna burza, jeszcze gorsza niż w Kodeniu. Myślałem, że mój namiot zamieni się w latawiec ale dotrwałem do rana. Dzisiejszy dystans to 90 km.

Dzień szósty

Poranek, pochmurno i mży. Namiot mokry, trudno. Gdybyśmy patrzeli na pogodę to byśmy siedzieli w domach . Start? Nie, nie, nie najpierw trzeba jeszcze zjeść wypasione śniadanie, na które nas zaprosił Henio z żoną. Po takim śniadaniu nie chciało się ruszać. 😉 Doprowadzeni przez kolegę Henia na przeprawę promową, czekając na prom, dzieliliśmy się wrażeniami. Krótkie pożegnanie , przeprawa i jesteśmy po drugiej stronie Bugu.

W tym miejscu jest już dość szeroki ale płynie spokojnie. Za to nad głowami ciemne chmury i zaczyna coraz mocniej padać . Pierwszy przystanek to Góra Grabarka św. miejsce prawosławia. Wchodzimy żeby zobaczyć tę nieskończoną ilość krzyży pośród, których znajduje się synagoga. Ciągle pada, wena nam spada a krzyże, które nas otaczają działają przygnębiająco. Sami zdecydujecie, czy warto tu wstąpić ,synagoga jest nowa na bazie tej która doszczętnie spłonęła i wszędzie ostrzeżenia ,żeby trzymać się za portfele ;-).

Jedziemy na Białowieżę, leje coraz bardziej . Profesjonalna ścieżka rowerowa, prowadzi nas do celu. Strugi wody nanoszą na nią piasek, nasze łańcuchy rechoczą jak żabi śpiew godowy i błagają o olej . Na przedmieściach Hajnówki po przebyciu 79 km, myślimy o noclegu pod dachem . Hotelik obok muzeum kultury białoruskiej, nie był Pałacem i brakowało ogrzewania ale morale podbudowaliśmy sobie dachem nad głowa, prysznicem i wyrkiem z pościelą , no i musieliśmy się rozgrzać ;-)) bilans dnia to nędzne 79km.

Dzień siódmy

Poranek bardzo słoneczny ale chłodno. Wyczyściliśmy łańcuchy z piasku, rdza była widoczna na kilometr. Dzięki smarowi Jacka doprowadziliśmy je do stanu błogiej używalności

jak to mówią” kto smaruje ten jedzie” . W parku stoi ogromny żubr więc aby to miejsce zatrzymać w czasie robimy wszyscy razem foto z krawędzi ławki, na której ustawiliśmy aparat .Hajnówka żegna.

Prawie 30 km trasa przez las, doprowadziła nas do Białowieży. Mała wioska położona w centrum Puszczy Białowieskiej ma swój klimat, dosłownie i w przenośni. Stare zabudowania z nutą i nowe hotele pod styl, by komponowały się z otoczeniem . Kręcimy się trochę i stąd też trzeba mieć zdjęcie. Miejsce dobre wszyscy ustawieni….i tu szok!

Nie ma aparatu, totalna załamka… został na ławce w Hajnówce , to prawie dwie godziny temu. Centrum miasta znikome szanse ,że tam jest . Powrót rowerami nie wchodzi w grę. Strata czasu. Taxi, nie ma tu czegoś takiego.

Jeden ze straganiarzy oferuje przejazd za określona sumę. Jedziemy, przejazd z Białowieży do Hajnówki trwał wieki ,aparatu szkoda ale zdjęć  jeszcze bardziej . Wjeżdżamy do Hajnówki widzę żubra i ławkę. Jest aparat!!! :-))) Kamień z serca, wracam do kumpli . Wszyscy się ucieszyli ,w końcu cały nasz dorobek fotograficzny się zachował. Tylko ruszyliśmy Adaś złapał gumę, dzień nie układa się po naszej myśli i mimo, że słońce dalej chłodno. Szybko uwinął się z problemem i tłuczemy się bez końca polna drogą przez puszczę, podziwiając właściwie to co???

Drzewa ,drzewa drzewa kiedy wyjedziemy z tego lasu? .Nareszcie wyjechaliśmy z lasu, posuwamy się dalej wiatr cały czas zagląda nam w oczy w miejscowości Bondary, przecinamy rzekę Narew, piękne miejsce na sjestę . Słońce praży, w dolince na łące osłonięci od wiatru rozkładamy nasze namioty i odzież żeby wysuszyć i napełniamy brzuchy do pełna. Jest błogo . To aparat, to przebita dętka , straciliśmy masę czasu i kilometrów. Po naładowaniu baterii w drogę . Na synagogi przestaliśmy już zwracać uwagę,

ale w Gródku warto było się zatrzymać bo synagoga była okazała .Wiedzeni instynktem głównego nawigatora Jacka, skracamy drogę leśnymi trasami, które nie zawsze były przyjazne naszym pojazdom. Szrut, piasek, błoto byle do przodu . Zbliża się wieczór, docieramy do Sokołówki . Miejsce nad Zalewem Sokólskim było dobrym miejscem na rozbicie namiotów ale tu komary dały się poznać ze swej niecnej strony . Mimo tylu przygód dzień zamykamy 130km .

Dzień ósmy.

Ranek słoneczny jedziemy na PKP żeby dowiedzieć się coś na temat powrotu . Niestety wszystkie kasy i informacje na dworcach zabite dechami, żywego ducha, będziemy próbować dalej . Teren coraz bardziej pofałdowany, ogromne proste odcinki przez lasy, w których kwitły hektarami konwalie. Ich zapach odwracał uwagę od wszystkiego , nie myślałem, że to może zrobić na nas takie wrażenie .

Docieramy do Augustowa, wbijamy sie na sterówkę, każdy chwila dla siebie. Jedni pamiątki ,inni jedzenie. Jest punkt IT, nędzne foldery tras rowerowych a na pytanie odnośnie PKP i informacji z tym związanej, martwa cisza. Ogólnie w Augustowie najciekawsze jest to, czego nie widać na lądzie , trzeba rower zamienić na kajak. Bocznymi drogami pędzimy w kierunku jeziora Wigry, znowu malownicze drogi pośród lasów, jezior i pól .

Docieramy na Rosochaty Róg miejsce ,w którym spędzimy ostatni nocleg pod namiotem . Wspaniałe zakończenie wyprawy. Pole namiotowe nad jeziorem z długim molem na końcu, dwie ławeczki , prostujemy nogi . Na brzegu stoi okazała sauna, spoglądamy na siebie uśmiechy i jest plan . I już za chwilę właściciel rozpalał ogień. Po godzinie była sauna z kąpielą w jeziorze i tak kilka razy. Ognisko rozpalone, kiełbaski się grilują, zapada zmierzch.Ten dzień był wspaniały, dystans to 120km.

Dzień dziewiąty 22km.

Wspaniały słoneczny poranek, wyszedłem wcześniej na molo. Na zewnątrz roztaczał się wspaniały widok, szczególnie w promieniach porannego słońca. Miałem chwilę dla siebie . Po spakowaniu się ruszamy do pobliskiego Klasztoru Pokameduńskiego, z którego jedziemy prosto do Suwałk . Zajeżdżamy na PKP zabite dechami, pociąg tylko z miejscami na 4 rowery i ponoć do połowy trasy na Warszawę.

Dalej linia kolejowa modernizowana i przewóz autobusami, rowery odpadają . Wracamy na PKS , jest możliwość przejazdu autobusami do Warszawy lecz musimy się podzielić, na grupy . Pierwszym jadą dwie osoby z rowerami, następny autobus w odstępie 30 min zabiera resztę . Po 3,5godzinach jesteśmy na dworcu centralnym PKP, no nie wszyscy, autobus z drugą grupą zepsuł się na przedmieściach Warszawy. Miał być zastępczy ale nie wiadomo ile trzeba będzie czekać. . Mirek , Jacek i Adam poprosili o wydanie rowerów.

Postanowili, że sami dojadą na centralny. Kierowca:” ale panowie to będzie z dziesięć kilometrów?!”Chłopaki z trudem powstrzymali się od śmiechu. Przynajmniej zwiedzili Warszawę. Znów w komplecie oddaliśmy się zwiedzaniu dworca. To nowe oblicze kolei, porządek ,czystość, tu policja tam służba ochrony kolei, masa sklepików, czas upłynął szybko. Krótko przed północą wsiadamy do naszego pociągu. Pędzimy czasami 120km/g, po 3.00 w nocy docieramy do Gliwic, stąd na rowerach. Ostatnia prosta do domu 40km .

Podsumowując, Polska wschodnia to wciąż nieodkryte karty, czas snuje się wolno a są miejsca gdzie stanął w miejscu. Wszechobecna natura cieszyła nasze dusze każdego dnia. Nie widać przemysłu ,bez wiecznej gonitwy i zgiełku wielkich miast. Zrobiliśmy ponad 870 km bez awarii, z którymi nie moglibyśmy sobie poradzić. Wróciliśmy cali i zdrowi co należy podkreślić. Zgrana, wesoła grupa bez konfliktów, nowe wrażenia i doświadczenia. Wspaniała wyprawa, która wzmogła w nas chęć odkrywania kolejnych ciekawych miejsc.

Janusz Kroczek

 

paulinów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *